Historia zaczęła się w 2017 r., gdy 26-letnia wówczas kobieta, przedstawiona pod zmienionym imieniem Maria, poznała ks. Teodora Sawielewicza. Duchowny był wikarym w jej parafii i dopiero rozpoczynał działalność, która z czasem przyniosła mu ogromną popularność w internecie.

Zaczęło się od spowiedzi. Potem kobieta miała czuć coraz większą presję

Maria zaczęła spowiadać się u duchownego. Jak relacjonuje, ksiądz wiedział, że wcześniej pojawiały się wobec niej sugestie dotyczące problemów duchowych. Według jej wersji zaproponował jej następnie kierownictwo duchowe i coraz mocniej angażował się w tę relację.

Zobacz także:

Kobieta twierdzi, że już na tym etapie część zachowań kapłana zaczynała wywoływać u niej dyskomfort. Wspomina pytania związane z jego skutecznością jako duchownego oraz reakcjami na prowadzoną przez niego modlitwę. Z jej perspektywy coraz częściej w centrum tych rozmów znajdowała się osoba samego księdza.

Największe napięcie miało pojawić się jednak później. Maria opowiada, że ks. Sawielewicz nie chciał, aby korzystała z pomocy innych kapłanów. Według jej relacji miała spowiadać się i modlić przede wszystkim u niego, a kontakt z innym duchownym miał wywoływać jego niezadowolenie.

Kobieta utrzymuje również, że po mszach otrzymywała wiadomości odnoszące się do jej zachowania w kościele. Gdy miała wątpliwości albo rozważała rozmowę z innym księdzem, słyszała według swojej relacji, że takie zachowanie może oznaczać zakończenie kierownictwa duchowego.

Dziś Maria interpretuje te wydarzenia jako próbę wywierania na nią presji. W tamtym czasie sytuacja stawała się dla niej coraz trudniejsza, choć relacja nie zakończyła się od razu.

Kontakt nagle się urwał. Dwa miesiące później wszystko miało ruszyć od nowa

W pewnym momencie ks. Sawielewicz miał niespodziewanie zerwać kontakt z Marią. Kobieta wspomina, że nie znała przyczyny tej decyzji. W jej otoczeniu miały natomiast pojawić się pogłoski sugerujące, że to ona nie daje księdzu spokoju.

Niecałe dwa miesiące później kapłan miał ponownie się odezwać. Według relacji Marii poinformował ją, że jest już gotowy prowadzić taki przypadek. Wtedy miały powrócić liczne wiadomości oraz oczekiwanie, że najważniejsze kwestie będzie konsultowała właśnie z nim.

Dla kobiety był to moment graniczny. Twierdzi, że intensywność kontaktu sprawiła, iż zaczęła czuć się osaczona nawet podczas pobytu w kościele. Ostatecznie zablokowała numer duchownego i przestała chodzić do parafii.

Później ich drogi jeszcze kilkukrotnie przypadkowo się przecięły. Maria wyjechała jednak za granicę, a kolejne naprawdę ważne spotkanie nastąpiło dopiero siedem lat później.

Po siedmiu latach trafiła właśnie do jego konfesjonału

Po powrocie do rodzinnego domu Maria postanowiła pójść do spowiedzi. W konfesjonale znalazł się ks. Teodor Sawielewicz. Według kobiety to spotkanie natychmiast przywołało wydarzenia sprzed lat.

Maria relacjonuje, że ksiądz zaznaczył, iż ją pamięta, a następnie miał przypisać jej zaburzenie borderline. Kobieta podkreśla, że po siedmiu latach nie znał jej aktualnej sytuacji życiowej. Ona sama odebrała jego słowa jako stygmatyzujące i upokarzające.

Szczególnie mocno zapamiętała zakończenie spowiedzi. Według jej relacji sposób, w jaki duchowny zachowywał się przy udzielaniu rozgrzeszenia, sprawił, że poczuła powrót dawnej zależności. To właśnie tę spowiedź określa dziś jako najgorszą w swoim życiu.

Spotkanie miało wywołać u niej poważny kryzys związany z Kościołem. Maria przyznaje, że rozważała nawet apostazję, mimo że wcześniej wiara i obecność w Kościele były dla niej ważne.

Chciała zgłosić swoją historię. Później wysłała wiadomość do komisji

Początkowo Maria nie zdecydowała się powiadomić przełożonych duchownego. Jak wyjaśnia, nie wierzyła, że zgłoszenie cokolwiek zmieni. Sytuacja zmieniła się, gdy dowiedziała się o komisji zajmującej się działalnością związaną z Teobańkologią.

Kobieta ostatecznie wysłała swoje zgłoszenie. Jak twierdzi, przez ponad pół roku nie otrzymała odpowiedzi ani od kurii, ani od komisji. Skontaktowała się więc bezpośrednio z przewodniczącym komisji, ks. Marcinem Kołodziejem.

Z relacji Marii wynika, że brak wcześniejszej reakcji miał zostać powiązany z brakiem podpisu elektronicznego pod wiadomością. Kobieta postanowiła więc wysłać tradycyjny, podpisany list. Jak przekazuje, również wtedy nie otrzymała odpowiedzi.

To niejedyna opisana w materiale sytuacja dotycząca braku kontaktu zwrotnego. Inna kobieta, przedstawiona jako Agnieszka, miała przekazać komisji informacje dotyczące dwóch innych osób. Ona także twierdzi, że nie otrzymała odpowiedzi.

Sprawą zajmuje się komisja. Kuria mówi o końcowym etapie prac

Historia ks. Teodora Sawielewicza stała się szerzej komentowana już wcześniej. Kanał Teobańkologia, założony przez duchownego w 2017 r., zgromadził setki tysięcy subskrybentów, a sam ksiądz stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych katolickich twórców internetowych w Polsce.

Na początku 2026 r. media opisały historię innej kobiety, występującej pod zmienionym imieniem Anna. Ona również zgłosiła zastrzeżenia dotyczące kierownictwa duchowego prowadzonego przez ks. Sawielewicza.

Po ujawnieniu jej historii duchowny publicznie wyraził skruchę i przyjął odpowiedzialność za błędne rozwiązania duszpasterskie, praktyki modlitewne i porady stosowane wobec Anny kilka lat wcześniej.

Sprawą działalności Teobańkologii zajmuje się komisja powołana przez wrocławską kurię. Jej rzecznik Maciej Rajfur przekazał, że komisja znajduje się na końcowym etapie prac, a zasadnicza część działań została zakończona. Wnioski trafiły już do metropolity wrocławskiego.

Kuria zapewnia, że badana była nie tylko działalność fundacji, lecz także aktywność samego ks. Sawielewicza, jego nauczanie oraz zastrzeżenia dotyczące kontaktów z innymi osobami.

Rzecznik wyjaśnia jednocześnie, że wiadomości zawierające wyłącznie komentarze, opinie lub ogólne uwagi nie zawsze otrzymywały indywidualne odpowiedzi, choć miały być czytane i uwzględniane przez komisję.

Ostateczne decyzje mają należeć do arcybiskupa wrocławskiego po zapoznaniu się z całym zgromadzonym materiałem. Tymczasem relacja Marii sprawia, że wydarzenia rozpoczęte niemal dekadę temu wracają dziś ze zdwojoną siłą – już nie jako prywatna historia jednej penitentki, lecz jako część znacznie większej sprawy.